niedziela, 9 lutego 2014

Dzień 34





Dwadzieścia cztery godziny to stosunkowo niedużo. Szczególnie, jeśli to czas na uratowanie bliskiej osoby. Jeszcze gorzej, kiedy pewien denerwujący osobnik nie dopuszcza nikogo z pomocą. Najlepiej by było, gdyby Davon, który ową pomoc mu proponował, zniknął dwadzieścia metrów pod ziemią i nigdy nie wychodził. Dwudziestotrzyletni brunet przyzwyczaił się do zgryźliwego i naburmuszonego Zayna Malika, co nie oznaczało, że tolerował takie zachowanie. Był jeszcze w tym dużym domu z powodu małej siostrzenicy i chęci znalezienia Shae. Właściwie nic nie było mu tu wolno robić, jeśli tak można to nazwać. Praktycznie cały czas towarzyszył mu jakiś napakowany koleś, któremu szyja już dawno temu zniknęła przez te mięśnie. 

Ostatnimi czasy w tym czymś, co właściwie było willą, cisza odbijała się od ścian, dlatego teraz wielkim zaskoczeniem dla Davona były krzyki, a właściwie krzyk, jeden. Należący do Zayna, napominając. Na początku nie ruszało go to, zszedł na dół dopiero wtedy, kiedy do głosu Malika dołączył drugi, jakby cięższy, ale i cichszy. Martwiło go to, dlatego wręcz pobiegł w stronę najdalszego pokoju w tym domu, jak mu się wydawało, by otworzyć drzwi z hukiem. Mulat obejrzał się na niego wściekle, ale Davona nie ruszyło to ani trochę, pokazując jak bardzo odważnym mężczyzną musiał być, ponieważ niejeden ugiął się pod spojrzeniem Zayna. 

To, co w tym małym pokoju spotkał brat Shae, zaskoczyłoby prawie każdego. Prawie, podkreślmy. Davon doskonale wiedział, jakim typem jest ten dwudziestolatek i w ogóle go to nie zdziwiło. Przypomniała mu się sytuacja, kiedy i jego Mulat porwał, by powisiał sobie trochę na łańcuchach wraz z Shae. 

W myślach odnalazł dwa imiona - Steve i Mike. Obaj wisieli na mocnych metalach, cali w krwi, z ranami na ciele. Grymasy, które przywdziali, pokazywały ogromny ból i skruchę, co pewnie już sporo czasu utrzymywało się na ich twarzach. 

Davon zbliżył się odrobinę do Zayna, co było dość niebezpieczne, biorąc pod uwagę fakt, że Mulat mocno ściskał w dłoni broń. Mierzyli się wściekłymi spojrzeniami, nawet nie próbując uspokoić szybkich oddechów. 

- Po co ich tu trzymasz? - Zapytał w końcu starszy z nich.

Malik zmarszczył brwi, patrząc na wiszących mężczyzn. 

- Nie pilnowali dość dobrze Shae - warknął.

Dopiero, kiedy ścisnął mocno pięść, Davon zauważył błysk metalu. Nóż. Zayn trzymał nóż i broń. Czy mógł być jeszcze bardziej niebezpieczny? Rosen przełknął trochę bezradnie ślinę, próbując się uspokoić. Musiał mu przemówić do rozumu, przecież nie mieli wiele czasu. 

- Zayn, zostaw ich, chociaż dzisiaj. Musimy znaleźć Shae. 
- Ja muszę znaleźć - podkreślił Mulat. 

Davon przewrócił oczami. Musi być aż tak uparty?

- Nie powinieneś odtrącać pomocy - warknął. 

Po pomieszczeniu rozniósł się trzask zamykanych drzwi. 
Davon wyszedł, zostawiając Zayna zmieszanego. 




Krążyłam bezradnie po małym pokoju, który mi przydzielono, co chwilę waląc pięściami w drzwi. Nie wiedziałam, co się dzieje. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Co z innymi? Z Davonem, Hanaą, moim ojcem... Zaynem. Co z nimi wszystkimi? Usiadłam bezradnie na środku pokoju, opadając z sił. Drzwi otworzyły się, a w progu pojawił się ten... Harry, tak mu było? Tak, chyba tak. 

Nie byłam głupia. Znalazłam podobieństwa, które nas łączyły i widziałam znaki, jakie mi wysyłał pod tytułem "hej, Shae, jestem twoim bratem, cieszysz się?!". Wcale nie uznawałam go za członka rodziny. Przez całe życie byłam tylko ja i Davon, chłopca z imieniem "Harry" nie przewidział scenariusz. Nie próbował nas nawet znaleźć, a przecież wcale nie był taki młody. Właściwie na takiego nie wyglądał, nie miałam pojęcia, ile liczy już lat. Zresztą, to teraz nie jest ważne. Ja mam tylko jednego brata, Davona. Tylko on zawsze był. Powtarzasz się, Shae. 

Uniosłam brew, dokładnie skanując brązowymi tęczówkami wysokiego chłopaka. Mieliśmy podobne nosy. I może odrobinę kształt twarzy, ale to wszystko. I dobrze, nie chciałam, byśmy byli podobni. Nie chciałam go w swoim życiu, już na samym początku stracił mój szacunek. Współpracuje z tą suką, która mnie urodziła, jak miło. Nie uważam ją za swoją matkę, bo niby czemu miałabym? Zostawiła mnie i Davona, a także ojca, by zrobić sobie kolejnego dzieciaka na boku i stać się tą złą i niebezpieczną kobietą. To nawet głupio brzmi, serio. 

- Przyniosłem ci jedzenie. 

Nawet głos miał jakiś taki inny. Niski, ale nie w taki sposób jak Davon, z dziwną chrypką, którą odziedziczył po Megan. Wydawało mi się, że wyglądem przypominał swojego ojca, ale pewności nie miałam, prawda? Nigdy go przecież nie widziałam. Pewnie był cholernie głupi, skoro związał się z taką kobietą. Ciekawe, czy byli małżeństwem? Ona i mój ojciec nigdy nie wzięli ślubu. Nie chciała tego, uważała, że jest za młoda. Podobno zawsze powtarzała, że Davon to cud, bo przecież mogła go usunąć. Dobrze, że się go nie pozbyła, co bym bez niego zrobiła?

Davon... co u niego? Jak wytrzymuje z Zaynem? Opiekuje się Hanaą? Mam nadzieję, że chociaż czasem jej dogląda, Malik pewnie nie potrafi sobie z nią poradzić, jak to on. Raczej nie ma głowy do pieluch, a Davon... cóż, zawsze lubił dzieci (nie twierdzę, że Zayn ich nie lubi, po prostu pewnie woli je takie, jak pokazują w filmach) i potrafił się nimi zająć. Czasami tak właśnie zarabialiśmy - opiekowaliśmy się dziećmi i tak wyglądało nasze "dzieciństwo". Ale nigdy nie narzekałam. Davon sprawiał, że zawsze się uśmiechałam, wygłupiał się, byleby zobaczyć radość na mojej twarzy. Kochałam go, jak nikogo innego, był moim przyjacielem, bratem, podporą, rodziną. Był wszystkim, czego potrzebowałam, za co zawsze byłam mu wdzięczna. 

Pamiętam, jak zawsze przygarnialiśmy małe pieski z ulicy. Ukrywaliśmy je przed ojcem, a z pieniędzy, które zarabialiśmy, kupowaliśmy karmę i inne potrzebne rzeczy. Czasami musieliśmy je oddawać do schroniska, bo tata je znajdywał, ale rzadko to się zdarzało, na szczęście. Mimo wszystko, byliśmy szczęśliwymi dzieciakami. Mieliśmy siebie, czyli wszystko. 

- Nie jestem głodna. 

Brawo, Shae, kłam tak dalej, to umrzesz z głodu. 

Harry westchnął cicho i usiadł obok mnie, kładąc przed nagimi stopami tacę z jedzeniem. Nic ciekawego, po prostu kanapki. Nie spojrzałam ani razu na chłopaka. Siedziałam po prostu, gapiąc się na białą brudną ścianę. Nie rozumiem, po co ja im tu? 

- Słuchaj, Shae... Wiem, że źle zaczęliśmy, ale jesteśmy rodzeń...
- Nawet tego, kurwa, nie kończ! - Wrzasnęłam, może zbyt głośno.

Drgnął, nie spodziewając się mojego wybuchu. Szybko podciągnęłam się do ściany, opierając o nią plecami. Nie chciałam znajdować się blisko niego, co nie było w sumie takie łatwe. Harry wstał, podchodząc do mnie. Górował swoim wzrostem, a mój gniew rósł coraz bardziej. Nie mógł się ode mnie po prostu odpierdolić? 

- Shae, chcę po prostu się... no nie wiem, zaprzyjaźnić. 

Nie, nie, nie, zostaw mnie, człowieku, odejdź! 

- Mam już jednego brata, drugi mi niepotrzebny.

Cios poniżej pasa? I dobrze, zaprzyjaźniać mu się zachciało. Nie mam zamiaru być dla niego miła, bo z jakiego powodu? Przez tyle lat nie interesował się nami, a zapewne wiedział o naszym istnieniu, byłam tego prawie pewna. 

- Shae... 
- Nie, zostaw mnie. 

Westchnął cicho i podszedł w stronę drzwi. Ostatni raz spojrzał na mnie smutnym wzrokiem, wypowiadając, na początku, bezsensowne zdanie:

- Jesteśmy na Lambeth, Shae. 

Zostawił mnie zdezorientowaną. Spojrzałam na jedzenie, czując burczenie w brzuchu, ale zamarłam, zapominając o głodzie. To możliwe? Nie, raczej nie. A może jednak?

Telefon.

Zostawił mi telefon.

Szybko dopadłam do prostokątnego urządzenia, odblokowując ruchem palca ekran. Wystukałam szybko znany mi na pamięć numer telefonu, gorączkowo przeczesując czarne włosy. Odbierz, odbierz, odbierz, musisz odebrać, proszę, odbierz. 

- Halo? - Podejrzliwy niski głos ukoił moje zszarpane nerwy. 
- Davon? Davon! To ja, Shae! - Wyszeptałam z ekscytacją. 
- Shae, Boże, gdzie jesteś? - Zapytał zmartwionym tonem. 
- Um... Lambeth, tak mi powiedział ten Harry. 

A może to jakaś pułapka? Zamarłam. To był błąd, nie powinnam mu tak po prostu zaufać. To, że byliśmy rodzeństwem, nie czyniło go Rosenem, lecz... jak on miał na nazwisko? No, nieważne, przecież jego matką jest Megan, to na pewno pułapka. Ale zanim zdążyłam to powiedzieć, Davon przemówił:

- Za niedługo znowu się zobaczymy, siostrzyczko. 

Koniec połączenia. 
Cholera!




Od autorki: Pam, pam, paaaaaam. Długo czekaliście, długo ja czekałam. Wy na rozdział, ja na wenę. No cóż, taki sobie ten Dzień, ale już trudno. Powinnam uczyć się biologii, ups. Widzicie, co ze mną robicie?! :D Zamulam, nie ogarniam, pomocy. Chcę być tak ładna, jak Hannah, ktoś coś? Ostatnio się zastanawiam, czy zacząć chodzić na dodatkowego kosza, lolz, ale mi się nudzi - czujecie ten sarkazm? Cholera, kolejne zajęcia chcę sobie dołożyć. Chociaż to nie jest taki zły pomysł, bo na wuefie tej koszykówki mamy tyle, że aż wcale. Tylko siatka, siatka i - uwaga! - siatka! Wow, kto by się tego ostatniego spodziewał? Ale jadę dzisiaj z sarkazmem. Muszę się zabrać za Chodakowską czy coś, bo trzeba schudnąć w końcu, cnie. Ostatnio mam czas na czarne spodnie z dziurami na kolanach w stylu Malika, widział ktoś takie w Kato? Komentować, małe elfy. Ask. Memorable. Road of no return

60 komentarzy = nowy rozdział